środa, 16 sierpnia 2017

Wokół książek cz. 110



I książki mają swoje rozterki psychiczne. I wtedy idą do książkopsychiatry…
 

Aż w końcu trafia się ktoś, kto…!

poniedziałek, 14 sierpnia 2017

W drodze do Doliny Mgieł



Autor: R.D. Carpenter
Tytuł: Droga Wojownika
Wydawnictwo: Psychoskok
Seria: Dolina Mgieł
Tom: 1
Liczba stron: 433
Typ książki: e-book
Format: epub
Data wydania: 2017
ISBN: 978-83-8119-051-0

Cały świat, w którym się znalazł, przekraczając bramę Dębowego Lasu, rządzi się swoimi prawami, a w szczególności, że to jest to zapomniane przez ludzi miejsce, w którym niewiele rzeczy sprawia wrażenie normalnych.
Jeśli macie ochotę na zanurzenie się w mgle (przynajmniej czasami), jeśli macie ochotę przebyć długą drogę pełną zaskakujących „zakrętów” i spotkać różne stwory znane Wam lub nieznane z baśni, legend, podań, to zapraszam Was w niezwykłą podróż do świata fantasy wykreowanego przez R.D. Carpentera w powieści Droga wojownika, pierwszym tomie trylogii fantasy Dolina Mgieł. Naprawdę warto!
Pamiętał też słowa swojego nauczyciela, że jest wybrańcem, na którym spoczywa ciężar czegoś ważnego… czegoś, co zaważy na losach wielu ludzi.
Tym wybrańcem jest szesnastolatek Kage, Tariadczyk. Jeszcze przed ukończeniem siedemnastu lat musi stać się wojownikiem Doliny Mgieł. To jego ojciec Nerga i mędrzec Ami przygotowywali go do tej roli odkąd chłopiec skończył dziewięć lat. Wtedy to ujawniły się jego niezwykłe moce, ujawnił się jego dar. Kage stopniowo dąży ku swojemu przeznaczeniu, a jego pierwszym etapem jest wstąpienie w szeregi armii Doliny Mgieł.
Każdy ma jakieś przeznaczenie, jednak sam kieruje swoim losem, podejmując pewne decyzje. […] Podjęcie decyzji jest bardzo ważne i nie powinno następować w przypływie emocji, bowiem wtedy umysł skupia się jedynie na chwili obecnej, nie dopuszczając konsekwencji jego wyboru.
Pewnego dnia Kage usłyszał nieziemski odgłos roznoszący się nad Wzgórzem Drwali. Oprócz gęsiej skórki na swej skórze zauważył sine pręgi wokół rąk. Nie bał się, tylko zastanawiał, co wywołało to dziwne zjawisko na jego skórze. Po chwili wiedział, że to głos strzygi. Poczuł jej odór. Zrozumiał, że nie może się cofnąć. Wywołał wizję, z której dowiedział się o kilku wskazówkach. Jego halabarda zaczęła dawać sygnał o zagrożeniu. Chłopak nie miał wyjścia – musiał wejść do mrocznego Dębowego Lasu i spotkać swoje przeznaczenie, choć wiedział, iż czeka na niego wiele niebezpieczeństw.
Oczekuj niespodziewanego.

niedziela, 13 sierpnia 2017

Julian Hardy Ci odpowie - wywiad i rozwiązanie konkursu



Witajcie!
Dziś wywiad z autorem Jazdy na rydwanie Julianem Hardym oraz rozwiązanie konkursu „Julian Hardy ci odpowie”.

Poza konkursem:
Martucha180: Czym dla Pana jest SŁOWO?
Zakładam, że chodzi o słowo w procesie twórczym. Odpowiadając jednym zdaniem, słowo jest narzędziem pracy. Podczas pisania moje podejście do słów, języka bardzo się zmieniło. Z amatora stałem się kimś na kształt zawodowca. Jak uda się sprzedać drugie wydanie, to powiem nawet, że zawodowcem.
Nie da się odizolować słowa od zdania i rozmawiać o nim jako czymś wyizolowanym, ponieważ zdania składają się ze słów. „Pisało się samo”, bez mojego udziału, więc trudno mówić o świadomym procesie. Natomiast to, co nastąpiło później, to już zupełnie inna historia. Miałem przed sobą tekst, bardzo obszerny, po pierwszych redakcjach. Kiedy przybrał cywilizowaną formę, liczył 279 000 słów. Chciałem coś z nim zrobić. Zdawałem sobie sprawę, że samej opowieści nie chcę zmieniać, natomiast formę, zdania jak najbardziej. To był bardzo długi i niezwykle skomplikowany proces. Wymyśliłem i zastosowałem wiele narzędzi, o których częściowo opowiem. Nie o wszystkich, część zachowam dla siebie. Trudno mi powiedzieć, czy to, co robiłem jest typowe, czy oryginalne, należy spytać innych pisarzy.
Najpierw ustaliłem grupę najczęściej używanych wyrazów, było ich bardzo dużo. Ile, nie zdradzę. Następnie przejrzałem funkcją „znajdź wszystko” każdy z nich. Na pierwszych miejscach słowa: „się”, „bo”, „kiedy” itp., których były tysiące. Przyglądałem się każdemu z nich po kolei i zastanawiałem nad celowością jego użycia. Zadanie polegało na wyeliminowaniu powtarzających się raz za razem (mam taką tendencję w pisaniu) oraz usunięciem tych, które się da usunąć. W przypadku wyrazów dłuższych, przymiotników, czasowników, rzeczowników, również zastąpienie synonimami. Łatwo odgadnąć, że była to gigantyczna praca, ale ja ją lubiłem.
Uzyskałem spektakularny efekt. Przeciętnie pozbywałem się 1/3 liczby danego słowa. Jednocześnie analizowałem zdania pod kątem użycia podmiotu domyślnego oraz orzeczenia domyślnego. Przypuszczam, że pod tym względem jestem w czołówce. Chodzi o to, że takie zdanie wybija czytelnika z pewnej monotonii czytania, jest prawidłowe gramatycznie, a jednocześnie nietypowe. Szczególnie mi zależało na tym, żeby jak najwięcej takich zdań znalazło się w dialogach, ponieważ mówiąc, często połykamy wyrazy, stosujemy skróty myślowe, a nawet popełniamy błędy językowe. Oprócz wymienionych czynności, tak przy okazji, zastanawiałem się nad każdym słowem, nad celowością jego użycia.
Celem było maksymalne skrócenie zdania, bez zmieniania jego treści. Inaczej mówiąc, pozbycie się zbędnych słów, co niekiedy wiązało się z przeredagowaniem całego zdania. Byłem zaskoczony, jak wiele słów okazało się zbędnych. Faktem jest, że w stosunku do wersji już gotowej, którą wysłałem do wydawców, obecna jest o 50 000 słów krótsza, co w przeliczeniu daje 160-200 stron. A skróty większych fragmentów nie stanowią nawet połowy. Aż tyle było niepotrzebnego tekstu, z czego duża część to pojedyncze słowa, które usunąłem. Kiedyś spytano Flauberta, jakie zdanie jest najlepsze. „Najkrótsze” – odpowiedział. Całkowicie się z nim zgadzam i do tego dążyłem, pracując nad tekstem.

Monweg: Zakładając, że Niebo istnieje, co chciałby Pan usłyszeć od Boga u bram Raju?
Miałbym do niego tylko jedno pytanie: Za co mnie tak okrutnie pokarał? Mam naprawdę ciężkie życie. Między innymi dlatego drukuję pod pseudonimem.

Konkursowe:
Crysia: Skąd wziął się taki tytuł ,,Jazda na rydwanie''?
Pierwszy, roboczy tytuł był nieco inny – „Ku Słońcu” Okazało się, że taka powieść już istnieje. Musiałem więc wymyślić coś innego. Zresztą niezależnie od tej powtarzalności, chciałem zmienić tytuł. Zależało mi, żeby to było coś z rydwanem, wyjaśnienie znajduje się na samym końcu powieści. Funkcjonują już dwa tytuły, obydwa znakomitych dzieł – genialna powieść The Broken Chariot Allana Silittoe, przy której wzruszyłem się jak nigdy, oraz znany film Rydwany ognia. Obydwa tytuły bardzo luźno odnoszą się do treści. Wspólnie z Ofelią redaktorką myśleliśmy, jak ugryźć ten rydwan, i to ona wymyśliła Jazdę na rydwanie.

Zagrzmiało dwukrotnie. Odległe gromy z jasnego nieba zwiastowały wiosenną burzę. A może to bogowie zwoływali się na ucztę? Co uradzą przy biesiadnym stole? Pozostawią za sobą radosne śmiechy i zapach ambrozji czy porozbijane w gniewie naczynia i świat potrzaskany?
Sztuką jest kierować okręt
przez oceanu otchłanie...
Sztuką – jazda na rydwanie...
Sztuką jest też miłowanie...

Usiadł na piasku zasłuchany w szum fal i rozmyślał.
Przyszło mu żyć w niezwykłych czasach. Bogowie, nie wiedzieć czemu, urządzili wyścigi rydwanów. Dla igrzysk porzucili olimpijskie komnaty, żeby rozjeżdżać świat. Kto wpadł pod koła, trafiał do Hadesu. Kto widzem był i z boku się przyglądał, tego na popiół paliły zaprzęgnięte do rydwanów ziejące ogniem rumaki.
Parki zapracowane jak nigdy, rozstrzygały w nerwowym pośpiechu, czyje życie przeciąć wirującymi kołami, czyje spopielić płomieniem z końskiej gardzieli, żeby uleciało dymem obozowego komina. Jego bogowie wynieśli, zezwalając jechać przez życie na rydwanie.

Cyrysia: Czy ma Pan w planach kolejną powieść?
Zacząłem pisać, ale w odróżnieniu od pierwszej powieści, tym razem „nie pisze się samo”, a ja się już przyzwyczaiłem do tego komfortu. Do tego temat jest znacznie, znacznie trudniejszy. Napisałem już ponad 100 000 słów, ale jestem bardzo niezadowolony. W odróżnieniu od tego, co „się pisało” poprzednio, ten tekst jest jakiś ciężki, powiedziałbym, że z pogranicza grafomaństwa. Nic złego się nie dzieje, wiem, że mogę to wszystko poprawić w redakcji, że tak się da, tylko że wtedy zostanie usunięta zapewne połowa. No i obawiam się o „lekkość pióra”, której nie da się wypracować. Albo ona jest, albo jej nie ma. Przyjąłem na roboczo, że potrzebuję 300 000 słów, żeby mieć wystarczającą ilość materiału do pracy. Jednak to, co napisałem, to najłatwiejsza część. Prawdziwe wzywanie dopiero przede mną.
Nie wydam powieści, która będzie gorsza od pierwszej, może być co najwyżej porównywalna. Dzisiaj nie umiem powiedzieć, czy mi się uda. Samo napisanie, to zapewne 4 miesiące, gdyby mi zależało na pośpiechu, a nie zależy (Jazda na rydwanie napisała się w 100 dni). Jednak potem trzeba będzie z tym tekstem coś zrobić. Na pewno czekają mnie lata pracy. Tych czytelników, których irytują moje opisy erotyczne, mogę zapewnić, że w nowej powieści nie będzie erotyki.


Gosia: Po jaki rodzaj powieści najczęściej Pan sięga?
To wbrew pozorom bardzo trudne pytanie. Gdyby je potraktować literalnie, to prawidłowa odpowiedź brzmiałaby: „Obecnie nic nie czytam”. Od kiedy zacząłem pisać, czyli ponad 2 lata temu, zauważyłem, że nie potrafię czytać jak zwykły czytelnik. Analizuję tekst, poszczególne zdania, rozbieram na składowe dialogi, zastanawiam się nad zastosowaniem didaskaliów. Tak się nie da czytać dla przyjemności.
Pochłonąłem w życiu wiele tysięcy powieści. Na studiach przeczytałem ogrom literatury klasycznej, przez ostatnie lata, poobijany przez życie, sięgałem po pozycje lżejsze – kryminały, sensacyjne. Nie mam jakiegoś ulubionego gatunku. Nie czytam literatury SF oraz romansów w stylu Harlequina. Współczesna powieść raczej mnie rozczarowuje, z kolei klasycy powoli stają się przestarzali. Oczywiście nie wszyscy. Są, i to liczne, chlubne wyjątki. Zamiast o gatunku wolę mówić o ulubionych pisarzach. Ze współczesnych cenię Pereza Reverte. Z nieco wcześniejszych J. B. Priestley`a, Johna le Carre (z wyłączeniem jego ostatnich powieści), Grahama Greena, Irvina Shawa.

Mało pytań, ale jakże obszerne odpowiedzi! Dziękuję panu Julianowi.I wam, drogie uczestniczki.
Autor nagradza wszystkich e-bookami swej powieści Jazda na rydwanie. Dziewczyny, proszę o kontakt e-mailowy, jaki format e-booka wybieracie: mobi czy epub.  

sobota, 12 sierpnia 2017

Bryczki, konie, stajnia - fotorelacja



Pokazy koni w Stadninie Ogierów w Kętrzynie otwierał przejazd tej oto bryczki:


Ale po padoku jeździły różne bryczki:


Pojawił się też najmłodszy masztalerz ze swoim tatą.
 


Konie w zaprzęgu chodziły pięknie!


W wolnej chwili udałam się z dzieciakami do stajni. Jest to najdłuższa stajnia w Europie. Boksy były otwarte i zamknięte. Na każdym boksie była tabliczka z informacją, jaki koń w nim zamieszkuje lub czasowo przebywa. A nawet tabliczki, by nie głaskać koni!



Niektóre araby miały 2 m w kłębie, zaś ardeny, konie zimnokrwiste, z których słynie stadnina w Kętrzynie, samą posturą budziły grozę, ale i podziw.



Konie mają nawet swoich fryzjerów!


Bosal dał się pogłaskać i pięknie zapozował do zdjęcia, które zrobiła najmniejsza latorośl w rodzinie i najmłodsza miłośniczka koni.




Tu jeszcze jedno z jej zdjęć… Jak widać i konie są ciekawskie, kto fotografuje im zadki.


Przeszłyśmy całą stajnię wzdłuż i wszerz. Zajrzałyśmy na padok za stajnią, a tam… już w siodłach siedziały dziewczęta i szykowały się do kadryla, o czym za tydzień.


Tak zabalowałyśmy w stajni, że spóźniłyśmy się na wręczenie nagród i pokaz nagrodzonych koni.


Czyż konie to nie piękne i wszechstronne zwierzęta?

piątek, 11 sierpnia 2017

Za murami klasztoru



Autor: Veronika Peters
Tytuł: Co się mieści w dwóch walizkach?
Tłumaczenie: Elżbieta Ptaszyńska-Sadowska
Wydawnictwo: Świat Książki
Liczba stron: 288
Oprawa: miękka
Data wydania: 2009
ISBN: 978-83-247-0953-3



Ile walizek potrzebujecie, by się spakować i wyjechać, przeprowadzić się? Starczą Wam dwie? Nie sądzę, lecz głównej bohaterce powieści Co się mieści w dwóch walizkach? Veroniki Peters musiały wystarczyć. Poznajcie powieść opartą na faktach, bo to kawałek życia autorki. Autobiografia i literatura faktu w jednym.
Akcja rozpoczyna się kilka lat przed obaleniem muru berlińskiego. Weronika ma pracę i przyjaciół, ustabilizowane życie, które udało jej się ułożyć po ucieczce z domu terroryzowanego przez ojca alkoholika. Jednak pewnego dnia dojrzała do decyzji, podjęła ją świadomie – postanowiła wstąpić do klasztoru benedyktynek. Kończy pracę z trudną młodzieżą, sprzedaje auto, żegna przyjaciół, którzy nie rozumieją jej postępowania, i przekracza mury klasztoru. Od tej pory Weronika jest postulantką, czyli tą ostatnią w szeregu.
Można odnieść wrażenie, że zakonnica jest godnym zaufania dobrem ogólnym. (s. 122)
Czytelnik razem z bohaterką spędza 11 lat za murami klasztoru. Przechodzi wraz z nią kilka etapów: postulat – obłóczyny – nowicjat – złożenie ślubów – opuszczenie klasztoru. Zaznajamia się z regułami zakonu św. Benedyktyna z Nursji, postępuje według jego  dewizy „Ora et labora” (Módl się i pracuj), poznaje życie benedyktynek od środka, cały klasztor (przydałaby się mapka), bierze udział w uroczystościach kościelnych i tych świeckich, modli się, uczy, pracuje (w ogrodzie, kuchni, pralni, księgarni), ale też weseli i smuci. Bo za murami klasztoru życie tylko w pewnym zakresie różni się od tego świeckiego. I te właśnie różnice najbardziej powinny zaciekawić zwykłego czytelnika, choć (niestety?) nie znajdzie tu afer i skandali czy pikantnych szczegółów. Ot, zwykłe zakonne życie. A może i niezwykłe?