piątek, 11 marca 2016

Za zdrowy by żyć



Autor: Harlan Coben
Tytuł: Klinika śmierci
Tłumaczenie: Robert Sudół
Wydawnictwo: Albatros
Liczba stron: 511
Oprawa: miękka
Data wydania: 2015
ISBN: 978-83-7985-606-0 



W naszym społeczeństwie AIDS wciąż jest postrzegane jako kara za grzechy. To rodzi przesądy i dyskryminację. (s. 80)
Oj, jak ja się stęskniłam za dobrym thrillerem medycznym! Harlan Coben przyszedł do mnie, a jego Klinika śmierci otworzyła przede mną swoje podwoje. Ze wstępu dowiedziałam się, że ta powieść została napisana przez autora dawno temu, gdy miał dwadzieścia kilka lat i nie zajrzał do niej przez 20 lat! Powieść cierpliwie czekała, aż szuflada zostanie otwarta, a ona sama zostanie oddana do druku. Wprawdzie dziś inaczej wygląda sprawa leczenia AIDS i osób zarażonych wirusem HIV, ale warto cofnąć się w czasie i zapoznać z wersją Cobena..
Sara Lowell jest błyskotliwą dziennikarką telewizyjną, prezenterką popularnego talk show „NewsFlash” uwielbianą przez widzów, a do tego piękną kobietą, aczkolwiek chodzącą o lasce i z ortezą na nodze z powodu uszkodzenia nerwu. Jej mąż to Michael Silverman, znany koszykarz New York Nicks, gwiazda NBA. Oboje są ulubieńcami mediów. Sara dowiaduje się, że jest w ciąży. lecz jej szczęście trwa krótko. Michael z silnym bólem brzucha trafia do tego samego szpitala. Wstępna diagnoza – zapalenie wątroby, ale ta dokładna… zwala ich z nóg. Okazuje się, że koszykarz ma AIDS, chorobę homoseksualistów, chorobę gejów, jak wówczas ją nazywano i piętnowano.
Z pomocą spieszy przyjaciel rodziny, doktor Harvey Riker, który w swej klinice Sidney Pavilion szuka leku na AIDS i jest o krok od wynalezienia go. Jednak klinika potrzebuje pieniędzy na prowadzenie dalszych badań, bo wsparcie od rządu jest zbyt niewystarczające. Tymczasem ktoś próbuje zastopować jej działalność. W dziwnych okolicznościach ginie wspólnik Rikera, dr Bruce Grey. W ciągu kilku miesięcy zostają brutalnie zamordowani wyleczeni pacjenci, geje. To sprawka seryjnego mordercy, któremu dziennikarze nadali Homorozpruwacz. Młody policjant Max „Tik” Bernstein ma nad czym obgryzać paznokcie i ołówki…

Pierwszy raz w powieści spotkałam się z tak niezwykłą osobowością śledczego, jaką jest Max. Potrafi rozwiązać każdą zagadkę, popaprane sprawy to dla niego nie problem. On wie, co kombinują najprzeróżniejsi porąbańcy. Sam przyznaje, że… lubi obłędy. Jednak jego zachowanie podczas śledztwa doprowadza ludzi będących w jego pobliżu do obłędu. Max nie usiedzi w miejscu! On wstaje, przechadza się, przesiaduje, a nawet żongluje 4 czerstwymi pączkami naraz. Wierci się, niecierpliwi, szpera i gmera, obgryza paznokcie do krwi, nawija kosmyk włosów na palec, notorycznie żuje ołówki czy kabel od telefonu w budce. Lecz:
To właśnie dzięki swojej dziwności przerasta nas wszystkich o głowę. (s. 323)
Max przyjaźni się z Sarą. To ona kiedyś pomogła mu rozwiązać pewną sprawę i znaleźć zabójcę policjantów. Lubił z nią rozmawiać o prowadzonych śledztwach, bo ona potrafiła słuchać i myśleć! Wspólne analizowanie poszczególnych etapów dochodzenia, poczynań osób będących w kręgu podejrzanych, wysnuwanie hipotez – to wszystko wciąga też czytelnika do rozmowy jako biernego słuchacza. Ale Max ma też osobisty powód, by dopaść Homorozpruwacza. O tym wiedzą tylko 3 osoby i… czytelnik.
Ten bohater najbardziej mi się spodobał dzięki swej dziwności. Ale inni też przykuwali do siebie moją uwagę. Seryjny morderca mnie tak nie drażnił, jak siostra Sary i kaznodzieja Sanders. Ten ostatni to śliski węgorz, przebiegły lis, inteligentny manipulant o mrocznej stronie duszy. Ma moc budzenia ludzi za pomocą słów, manipuluje nimi, ogłupia i wyciąga od nich grubą kasę strasząc ich zbliżającym się Armagedonem. Według niego AIDS  to współczesna plaga egipska rzucona przez Boga, który szykuje się do ostatecznej rozprawy. Jego „Święta Misja” ma się bardzo dobrze, zwłaszcza ze jej szef kaznodzieja od lat nie płaci podatków, co Sara starała się udowodnić w swoim programie.
Jest też mowa o mediach i ich bezwzględności w przedstawianiu faktów i dochodzeniu do świadków, a nawet ich przekupywaniu. Dziennikarz z 40-letnim doświadczeniem kieruje się w swej pracy niewzruszonymi zasadami. Jest głuchy na prośbę Sary, gdyż uważa, że nie wolno pomijać istotnych aspektów sprawy dla dobra osób trzecich, i to bez względu na konsekwencje.
Autor maluje portret rodziny Lowellów, wcale nie taki krystaliczny. Wspomina również o przemocy wobec dzieci i wykluczeniu z rodziny, kręgu rówieśników; o dążeniu do celu i osiąganiu sukcesów; o prostytucji dzieci w Tajlandii; o poświęceniu rodziny kosztem pracy; o traktowaniu ludzi chorych na AIDS i przypinaniu im łatki gejów, niezależnie od orientacji seksualnej chorego; o finansowaniu szpitali i klinik, o ich działalności naukowej i etapach prowadzonych badań; o spiskach zawiązywanych wśród wpływowych ludzi, aby oni mogli osiągnąć swoje cele, w ich mniemaniu te wyższe. Ludzie kierują się naprawdę dziwnymi pobudkami. A cel? Może być dla osoby postronnej błahy, a dla innych manią wielkości. Dużo w tej powieści różnych wątków, ale wszystkie one łączą się w spójna całość.
Akcja rozgrywa się w szybkim tempie, ma wiele zwrotów akcji. Wraz z jej rozwojem czytelnik nie wie, komu zaufać, kto jest mordercą, kto zdradził i kogo. Elementy tajemniczej układanki są wciąż odkrywane i nie zawsze do siebie pasują. Autor dokładnie przemyślał fabułę i wiedział, jak zainteresować czytelnika i podwyższyć mu ciśnienie. Niektóre opisy scen naprawdę mrożą krew w żyłach.
Narrator przenosi czytelnika w różne miejsca. To nie tylko teren USA, to też Tajlandia, w której klinika Rikera ma magazyn, do którego wysyłane są wszystkie materiały laboratoryjne z kliniki. Słuszne zabezpieczenie tak skomplikowanych i ważnych dla ludzkości badań. Rozwiązanie sprawy może zaskoczyć, ale nie musi. Z biegiem czasu kolejni podejrzani odpadają z kręgu zainteresowania Maxa i czytelnika. Jednak samo zakończenie zaskakuje konstrukcją i pomysłem, a ostatnie słowa jednego z bohaterów… powiedzmy, że dają nadzieję.
Klinikę śmierci dobrze się czyta. Owszem, czasem jest trochę kaznodziejskiego i patetycznego tonu, co bywa zrozumiałe, ale i czuć taką wiarę młodego Cobena w lepszy świat, w moc medycyny i naukowców, może i lekką naiwność pełną szlachetnych idei. Mnie osobiście to nie przeszkadzało. Jednak w powieści można wyłapać kilka drobnych wpadek Cobena, choćby ta z lotniska, ale… młody wiek autora, brak doświadczenia, jego szczere wyznanie we wstępie. Na te uchybienia można spojrzeć przez palce, a po części można zrzucić winę na inne czasy – lata 90-te XX wieku to nie 2016 rok!
Postęp czasami wymaga mozołu. (s. 507)

Książka przeczytana w ramach wyzwań:

13 komentarzy:

  1. Pamiętam, że czytałam tę książki i bardzo mi się podobała :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Czyli była dobra i zapadła w pamięć :)

      Usuń
  2. Podoba mi się, że Coben rozwinął mocno osobowość śledczego, dawno nie czytałam powieści autora więc z przyjemnością wrócę do jego twórczości. Pozdrawiam :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ja też miałam dłuższą przerwę od książek Cobena, ale powrót do jego twórczości był udany.
      Serdeczności ;)

      Usuń
  3. Od pewnego czasu mam ochotę na thriller medyczny i już wiem, że ten będzie dobrym wyborem!

    OdpowiedzUsuń
  4. dawno nie czytałam nic Cobena, chyba muszę wrócić do jego twórczości

    OdpowiedzUsuń
  5. Jej, tej książki Cobena nie czytałam. Muszę nadrobić zaległości.

    OdpowiedzUsuń
  6. Lubię twórczość Cobena, więc będę miała na uwadze powyższą książkę.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. I słusznie. Warto przeczytać o klinice śmierci.

      Usuń
  7. Oo, dawno nie czytałam tego autora, chyba pora to zmienić. ;)

    OdpowiedzUsuń

Gościu, atramentowy ślad zostaw po sobie,
A na każdy komentarz odpowiem wnet Tobie.