piątek, 21 września 2018

Młodsza o pięć lat

Autor: Amy Harmon
Tytuł: Biegając boso
Tłumaczenie: Joanna Sugiero
Wydawnictwo: Editio
Liczba stron: 344
Oprawa: miękka
Data wydania: 2018
ISBN: 978-83-283-3778-7

 


Ostatnio polubiłam książki Amy Harmon. Amerykanka jest pisarką, nauczycielką, mówcą motywacyjnym, członkiem chóru, choć sama utrzymuje, że jest przede wszystkim żoną i mamą. Wychowywała się na wsi, nie miała telewizora, za to miała książki. Pisanie własnych historii było jej rozrywką, a dziś jest jej pracą. Biegając boso to jedna z jej pierwszych książek. Zapraszam na mały maraton uczuciowy.
Hozho’o to równowaga między ciałem, umysłem a duszą. (s. 108)
Nie bez powodu
Josie Jo Jensen to nieśmiała trzynastolatka, która cztery lata wcześniej straciła matkę. Dziewczynka musiała szybko dorosnąć i zająć się domem, tatą i starszymi braćmi. Lubi czytać i grać, rozumie i kocha muzykę. Pewnego dnia w autobusie szkolnym zmuszona była usiąść przy osiemnastolatku. To Samuel Yazzie, półkrwi Indianin z plemienia Nawaho, mruk i odludek, mający pretensje do świata i odczuwający złość w głębi serca. W trakcie wspólnej jazdy zaczęli rozmawiać, czytać książki i dyskutować na ich temat, słuchali muzyki poważnej. Samuel zaczął odkrywać piękniejsze strony życia. Opowiada Josie legendy Indian Nawaho, zaś ona mu o swoich ulubionych kompozytorach. Odnalazły się bratnie dusze, stopniowo narodziła się niezwykła przyjaźń, a nawet coś więcej. Coś, do czego żadna ze stron nie chciała się przyznać, w końcu różnica pięciu lat była zbyt duża.
Po szkole Sam wyjechał z Levah, by zrealizować swoje marzenia. Został żołnierzem piechoty morskiej. Po latach wraca do miasteczka jako dojrzały mężczyzna. Dla niego Josie niewiele się zmieniła, lecz teraz to ona potrzebuje wsparcia, akceptacji i rozmowy; tego, co kiedyś sama mu ofiarowała. A uczucie między nimi przetrwało i rozkwitło na nowo.
Niektórzy powiedzą, że streściłam książkę, ale to wszystko znajduje się w blurbie. Najważniejsze wydarzenia zostały zasygnalizowane, jednak w tej powieści oprócz uczuć ważne są poruszane tematy.
„Jesteśmy pępkiem Utah”, mawiają. (s. 5)
Levan w stanie Utah to małe miasteczko, w którym wszyscy się znają i sobie pomagają. Sympatia i życzliwość mieszkańców, ich chęć niesienia pomocy innym jest czymś naturalnym jak oddychanie. Tu życie płynie spokojnie. Wiele opisów miejsc dokładnie odzwierciedla rzeczywistość, a to za sprawa faktu, że przez jakiś czas autorka mieszkała w tym „pięknym miasteczku, w którym żyją cudowni ludzie”.
Bo muzyka jest „tym, czym żyję”. (s. 101)

Od razu polubiłam Josie i wygląd jej pokoju. Jej fizyczna i intelektualna dojrzałość oraz delikatna natura wyróżniały ją spośród rówieśników. Razem z nią czytałam, dyskutowałam, a nawet się kłóciłam. Muzykę słyszałam tylko w myślach, zwłaszcza Dziewiątą Symfonię Beethovena. Rachmaninow, Mozart, Beethoven, Wagner, Chopin – to ich muzyka towarzyszy bohaterom i czytelnikowi w różnych momentach. Przydałaby się płyta z utworami, o których jest mowa w książce, wówczas odbiór powieści byłby pełniejszy, bardziej emocjonalny i uduchowiony. To muzyka w dużej mierze kreuje nastrój w literackim i tym rzeczywistym świecie.
Tragedie stały się moją codziennością, więc nauczyłam się sobie z nimi radzić. (s. 194)
Razem z Josie przeżywałam tragedie, które spadały na nią niczym gromy z jasnego nieba. Życie ciężko ją doświadczyło jako dziewczynkę i nastolatkę, a mimo to odważnie, na swój sposób walczyła z przeciwnościami losu. Stała się stałym i cichym elementem życia osób z jej otoczenia, troszczy się o bliskich. Tylko jednego nie mogłam zrozumieć do końca – jej bezinteresownego poświęcenia się dla innych, bezgranicznej lojalności…  
Wcale nie muszę się starać o to, żeby ludzie mnie znali albo lubili. (s. 49)
Samuel mnie zaciekawił swoją tożsamością. Chłopak wyróżniał się wyglądem. Był mieszańcem – ojciec biały, matka z plemienia Nawaho. Nie był akceptowany przez żadną ze stron, nie miał domu. Nic dziwnego, że chronił swoją prywatność i był bardzo czuły na punkcie dumy. Opowiadane przez niego legendy Nawahów fascynują swoją kulturą, religią, spojrzeniem na świat; zabierają czytelnika w zupełnie inny wymiar. Podziwiałam dążenie Samuela do obranego celu, gdy robił wszystko, aby go osiągnąć.
Gdy zaczęłam czytać książkę, pomyślałam, że to młodzieżówka. Potem zmieniłam zdanie, że to obyczajówka, a może i romans. Prawda jest taka, że to pozornie lekka powieść o życiu w małym amerykańskim miasteczku, o znajomości dwojga mieszkańców i uczuciach kotłujących się w nich. Pozornie lekka, gdyż pod płaszczem codzienności kryją się dylematy i tragedie, elementy życia codziennego.
Chodzi o więzy krwi… (s. 111)
Tożsamość narodowa Samuela jest przyczynkiem do rozmowy o przynależności mieszańca do jednej z grup etnicznych. Samuel sam do końca nie wiedział, kim jest, do kogo przynależy. Jest rozdarty między dwoma światami, między „pragnieniem lepszego poznania kultury mojego taty a lojalnością w stosunku do mamy” (s. 133). Targają nim wewnętrzne rozterki, ale jest dumny ze swego dziedzictwa. Życie w rezerwacie znacznie różniło się od życia w Levah, dlatego Samuel sam musi wybrać drogę, które z jego dziedzictw będzie ważniejsze.
Bardzo chcę, żebyś mnie kochała, ponieważ ja kocham ciebie aż do bólu. (s. 326)
W jak niecodziennych warunkach może narodzić się przyjaźń i miłość, zapewne wiecie. Josie małymi krokami zdobywa zainteresowanie Samuela. Razem w szkolnym autobusie uczą się od siebie i siebie, odkrywają wspólny rytm, wspólną melodię. Jednak wisi nad nimi różnica wieku – pięć lat. To dużo! Ona zaczyna gimnazjum, a on kończy szkołę średnią. Skrywane uczucia ujawniają się na inne sposoby. A miłość raz jest, a raz jej nie ma, a jak jest, to ma różne oblicza. Stare uczucia przynoszą nowy ból… W powieści nie brakuje wzlotów i upadków, jednak życie nie stoi w miejscu i trzeba iść do przodu. Ważna jest też religia. Josie jest mormonką, lecz chodzi do lokalnego kościoła. Zadaje egzystencjalne pytania, zgłębia Biblię, przypowieści, legendy Nawahów. Zastanawia się nad wieloma rzeczami i analizuje je dogłębnie, a czytelnik wraz z nią.
Nasze uszy chcą słyszeć to, co ukrywają przed nimi oczy. (s. 73)
Powieść wypełniają dźwięki, literatura, przyjaźni i miłość oraz bieganie. Złożoność charakterów bohaterów oraz ich wierne przedstawienie przyciąga czytelnika. Amy Harmon wplotła do swej historii wiele. Poruszyła temat tożsamości narodowej, poszukiwania przyszłości, poświęcenia dla bliskich, dążenia do celu, pokonywania przeszkód, wspierania się; zapisała na kurs przyspieszonego dojrzewania; zaraziła pasją do muzyki i literatury; pokazała prawdziwą pomoc sąsiedzką i troskę; wplotła legendy Nawahów i rozmowy o religii; dodała szczyptę historii USA i ciekawostki o kompozytorach, a wszystko oplotła siłą przyjaźni i miłością. Zrobiła to w pięknym stylu, naturalnie i powstała ciepła i wzruszająca powieść, która czyta się sama. Dla wrażliwych osób przydadzą się chusteczki, a dla melomanów muzyka.
Biegając boso jak dla mnie to mądra obyczajówka z romansem, bardzo życiowa, poruszająca wiele ważnych tematów, pełna miłości i dojrzewania do niej. Dajcie się oczarować. Przekonajcie się, co drzemie w indiańskiej duszy Sama i muzycznej duszy Josie. Pobiegnijcie wraz z nimi, nawet truchtem.  


Za możliwość przeczytania książki dziękuję wydawnictwu:
 

Książka przeczytana w ramach wyzwań:

8 komentarzy:

Gościu, atramentowy ślad zostaw po sobie,
A na każdy komentarz odpowiem wnet Tobie.